![]() |
|
2008 |
Rzecz o wychowaniu Szałszanka wyciągnęła podręcznik do psychologii rozwojowej i przeczytała: gwałtowne emocje, trudne kontakty z mamą, często oszukuje, chce być najlepszy, potrzeba rywalizacji i zwyciężania, boi się samotności, burzy, ciemności, ma problem z przyznaniem się do winy. To ostatnie zdanie Ania przeczytała głośno, tak żeby Pies usłyszał. Bo Pies siedział przed Szałszanką i uparcie patrzył w podłogę. Pies miał nieczyste łapy i przy okazji sumienie, co miało ze sobą ścisły związek. Pies postanowił więc patrzeć w ziemię, broń boże na Szałszankę, patrzeć w ziemię i na wszelki wypadek udawać, że nie istnieje. A najlepiej udawać, że nieistnieją również te czarne ślady łap na świeżo umytej podłodze. Ania westchnęła. Od czasu jak Wyżeł przechodził bunt sześciolatka wszystko stało się jakieś takie trudniejsze – na przykład wyjazdy Szałszanki, kiedy to na łóżku przybywało rzeczy, które należy spakować i wywieźć do Krakowa, a za każdym razem nierozgarnięta Ania zapominała zabrać Psa, choć przecież też się na tym łóżku znajdował. Uszatemu się to nie podobało, a jego sześcioletniej, buntowniczej osobowości tym bardziej – po kryjomu zrzucał więc wszystkie ciuchy na ziemię, kradł skarpetki, a gdy i to nie przynosiło rezultatów robił wszystko, żeby odwrócić uwagę Szałszanki od pakowania. Może akurat zajęta czymś innym (na przykład myciem podłogi) zapomni wyjechać i zostanie z Psem. A teraz siedział przed Anią i uparcie patrzył w podłogę. Ale właścicielka Psa nie potrzebuje książki do psychologii rozwojowej żeby rozpoznać bunt sześciolatka. Nie potrzebuje też tych całych studiów żeby wiedzieć, że wychowanie to rzecz bardzo względna. Bo postanowiła Wyżła ukarać. Tak jest – zdenerwowała się i postanowiła Łaciatemu dać nauczkę, tak żeby aż mu w ogon poszło. „Idź tam i się nie ruszaj stamtąd przez następne piętnaście minut” – powiedziała stanowczo i wskazała palcem na miejsce resocjalizacji Psa. Cóż miał zrobić Wyżeł? Ze spuszczoną głową, powoli, poszedł Poker do swej niewoli. Może inne psy z wielką chęcia zamieniłyby się z takim Rybą, ale tego już nakrapiana główka Wyżła nie wiedziała – pokornie choć z trudem, wysiedział Pies na łóżku Ani przez piętnaście minut. I choć nie jest ona pewna czy przez ten czas Ryba rzeczywiście sobie wszystko przemyślał (na jej wątpliwości wskazuje między innymi dziura wykopana w poduszce) to i tak jest dumna ze swojej konsekwencji pedagogicznej. P.S. Czasem jednak Pies zapomina o swoim buncie. Czasem Łaciatemu bardzo szybko wylatuje z wyżlej główki, że taki duży chłopczyk to raczej powinien się mamy wstydzić przed kolegami. Czasem Ryba natknie się na wiewiórkę i pędem podleci, żeby przytulić się do Ani. Wszędzie dobrze, ale u Szałszanki bezpiecznie. Nawet gdy ma się sześć lat. nutek 2008-01-19 21:34:13 skomentuj (3) Ciężki poranek Nie podoba mi się ten pomysł – powiedziała Szałszanka do Wyżła tak, jakby jej zdanie miało jakiekolwiek znaczenie. Nie wiedziała, co prawda jaka to dokładnie myśl zaświtała w nakrapianej główce Jej Ulubionego Mężczyzny, ale z wyrazu pyska szybko wyczytała, że w istocie coś się pod tym szeregiem łat tworzy, jakaś Idea, jakaś Wielka Myśl, jakaś Nowa Zabawa. Na wszelki wypadek postanowiła więc zaprotestować, na zasadzie wczesnej interwencji. Albo też na zasadzie naiwnej nadziei. Wyżeł ze spokojem przyjął tą deklaracje po czym odwrócił się z gracją na czterech łapach i wyszedł z pokoju, choć doświadczenie wychowawcze Ani podpowiadało jej, że wcale nie dlatego, że – jak miała nadzieje – postanowił zawiesić chwilowo swoją działalność. Albo przynajmniej przesunąć na późniejszą godzinę. Bo była godzina 8 rano, z czego wynikało, że Szałszanka ma za sobą dopiero 4 godziny snu, 14 godzin pracy, a na dodatek Wyżła z Pomysłem na karku. A dokładniej rzecz ujmując – na łóżku, bo w międzyczasie Pies truchcikiem do pokoju wbiegł i próbując uśmiercić kawałek listewki obijając go o ścianę, dał Ani najlepszy dowód na to, że dokonało się. Szałszanka nie wie, naprawdę. Nie wie dlaczego akurat tego poranka Wyżeł postanowił zrealizować absolutnie wszystkie pomysły, które przyszły mu do uszatej główki, pomysły pełne rozmachu, kreatywności i –co najważniejsze – hałasu. Wyżeł walczył z listewką, Wyżeł biegał po korytarzu zgryzając plastikową butelkę, Wyżeł kazał się wypuszczać do ogródka gdzie odkopywał dawno zapomniane (a jednak nie dla wszystkich!) zabawki, a najistotniejsze w tym wszystkim jest to, że pomiędzy kolejnymi etapami swojej twórczości wchodził i wychodził z pokoju Ani z częstotliwością zaokrągloną do około trzech minut, za każdym razem otwierając sobie drzwi, nie zamykają ich i ponownie otwierając, gdy zamykała je Szałszanka. Generalnie wyraził pełną aprobatę, pełne wyżle zadowolenie z tej zabawy w otwieranie drzwi, którą wymyśliła Ania. Dokładniej rzecz ujmując aprobata Psa była odwrotnie proporcjonalna do aprobaty jego właścicielki. Tak samo zresztą jak siła charakteru. Szałszanka się poddała. Z łóżka wstała. Umyła zęby. Zeszła na dół. Dała Psu śniadanie. Zawołała Psa na śniadanie. Zawołała ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. Bez odzewu. A gdy już w końcu znalazła Uszatego ten chrapał smacznie na swoim posłaniu. Nie drgnął na słowo „śniadanie”, nie zainteresował się sznureczkiem, a zirytowany w końcu ciągle przeszkadzającą mu Anią ostentacyjnie zakrył łapą oczy. Mogłaby mu w końcu dać święty spokój! Miał wszak ciężki poranek. nutek 2007-11-17 23:27:46 skomentuj (0) Wstep do reaktywacji Ryba dojrzał. Ania celowo tak napisała w pierwszym zdaniu, bo gdzieś wyczytała, że takie są zasady dramaturgii – na początku ma być szokująco. Więc: Ryba dojrzał. Zaokrąglił się lekko na boczkach, żywi się już karmą z dopiskiem „Adult” i już tylko czasem przegrywa ze swoim ADHD. I tylko czasem trzeba z nim jeszcze walczyć, żeby nie zjadał tej rozjechanej żaby, którą znalazł w trawie („nasze dziecko popełnia błędy – poinstruowała dziś Szałszankę Superniania z telewizora – należy je korygować, ale nie negować ich wartości edukacyjnej”). Ania co prawda nie wiedziała jaką wartość edukacyjną ma dla Pokera martwa żaba w pysku, ale dla niej samą niewątpliwie wielką, bo w efekcie końcowym była zmuszona owe ciało obce osobiście z pyska Psa wyjąć. A gdy już się udało, to Pies stracił całe zainteresowanie przedmiotem i pokłusował dalej, szukać nowych zdobyczy, a Szałszanka odkryła, że owa żaba wygląda na jeszcze bardziej martwą niż przed tym przykrym (dla żaby i dla Ani) incydentem. I jeszcze czasem trzeba się uzbroić w cierpliwość, gdy na spacerze nagle, na środku chodnika wyrośnie hydrant, rzecz absolutnie Psu nieznana i jak się okazało - niezwykle dla Psa groźna. Trzeba wtedy zrozumieć, że Poker nie pada na ziemię bez celu, ale właśnie po to, żeby uniknąć ataków ze strony zupełnie nowego dla siebie wroga i że gdy się go zmusi żeby jednak iść dalej, to Ryba owszem, pójdzie, ale opłotkami, depcząc po wszystkich napotkanych kałużach i świeżo zasadzonych kwiatkach sąsiadów, a gdy już znajdzie się w bezpiecznej odległości od hydrantu – zacznie żywo ujadać i udowadniać owej części miastowej infrastruktury, kto tu tak naprawdę rządzi. Poza tym należy sobie uświadomić, że dojrzałość Wyżla nie jest do końca równoznaczna z dojrzałością jako taką, potocznie rozumianą. Bo Pies co prawda truchta już przy nodze, przychodzi gdy się go woła na spacerach, a gdy wszyscy domownicy są zajęci grzecznie leży na swoim pontoniku i zajmuje się sam sobą, Pies co prawda stał się Wyżłem Doskonale Zsocjalizowanym i Więcej Rozumiejącym, ale nie oznacza to, że potrafi odmówić sobie drobnych przyjemności w postaci udawania, że ma żywą ochotę zagryźć listonosza na śmierć albo wkraczania dumnie do salonu z nosem ubrudzonym ziemią, a wtedy wszyscy tak śmiesznie biegają i szukają, co zniknęło, a w tym wypadku słówko „zniknęło” ma podwójne znaczenie, bo owy przedmiot znika z domu i znika pod ziemią. A najbardziej duży wydaje się Pies wtedy, gdy przychodzi rano się przywitać, z sierścią pachnącą perfumami mamy, bo wcześniej to właśnie z nią się pożegnał, a teraz pora wskoczyć na łóżko obok Ani i kazać się głaskać, przytulać i drapać po brzuszku, a ogon Psa w tym czasie rytmicznie uderza o materac. Albo wtedy, gdy Szałszanka płacze, z zupełnie nieznanych Wyżłowi powodów, bo przecież może w każdej chwili pożyczyć od Psa zabawkę, jeśli jej smutno, może nawet pokopać w ziemi, Ryba zupełnie nie rozumie dlaczego się płacze, ale staje w takich sytuacjach, opierając się przednimi łapami na udach i ma wtedy pysk dokładnie na wysokości twarzy, i może bez problemu liznąć w nos albo przytknąć mokry nos do mokrego policzka i od razu zrobi się lepiej. I to wszystko właśnie sprawia, że pewnego dnia Szałszanka uznała, że jej Pies dojrzał, a gdy mu to oznajmiła on sam, zajęty w tamtym momencie gryzieniem własnych łap, wcale nie oponował na to oświadczenie. I to wszystko dodatkowo sprawia, że poniższe zdjęcie z wakacji jest tylko wymysłem chorego poczucia humoru Szałszanki: ![]() nutek 2007-09-19 12:29:43 skomentuj (0) Bziut taka-taka, zalejmy robaka! Nowa rozrywka Wyżła spotkała się z szerokim odzewem. Co prawda szeroki odzew w tym wypadku liczył tylko i wyłącznie osobę Tojestkota, ale to właśnie ta osoba podkreślała renomę wyżej wymienionej zabawy. Wszystko było bardzo proste i polegało na sprawdzaniu, które z czarno-białych futer zdoła wypić więcej wody z ubikacji zanim odkryje ten proceder Szałszanka i zacznie krzyczeć. A Ania była niezmordowana w walce z najnowszym pomysłem Psa. Wodę w misce zmieniała co 15 minut, później tą z kranu zamieniła na mineralną, nawet kostki lodu dorzuciła, żeby była chłodniejsza. Ale nie, picie z miski było niczym w porównaniu z adrenaliną zaspokajania pragnienia w łazience i ciągłego zerkania czy Szałszanka nadchodzi czy nie. A gdy już nadeszła należało szybko machać ogonem względnie mruczeć, zależnie od gatunku. Jak wiadomo stosunek masowy obu domowników (mam tu na myśli Kota i Psa, nie Anie i Psa) był nieporównywalny, tym samym Wyżeł zapewnił sobie dożywotnie zwycięstwo w tej dyscyplinie. Szałszanka dostawała obłędu, ku uciesze Futrzaków. A trzeba wam wiedzieć, że od dnia 30 kwietnia, kiedy to Hitler świętował rocznicę swojej śmierci, a Bliźniaki pełnoletniość, Ania z dnia na dzień popadała w coraz to większe paranoje. Po pierwsze dlatego, że tego też dnia oficjalnie zakończyła swoją naukę w Liceum-którego-imienia-nie-należy-przy-niej-wymawiać i tym samym rozpoczęła, wraz z całą klasą 3B, (jak ‘barany’ na ten przykład), sezon maturalny Ach! Cóż to był za sezon! Pełen potu i krwi, łez i przekleństw, czarnych długopisów, czerwonych majtek, żywej nienawiści do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, wiewiórek, „Chłopów”, genetyki i wielu innych, fajnych rzeczy. A gdy już klasa 3B, (jak barany na ten przykład), swój egzamin dojrzałości napisała, to wyruszyła na wycieczkę, gdzie stopniowo popadała w jeden wielki, zbiorowy alkoholizm. Dnia pierwszego wycieczki Szałszanka miała spotkanie III stopnia z kisielem jabłkowo-wiśniowym, który w rękach Maciusia okazał się bronią prawie śmiercionośną i spowodował oparzenie II stopnia z zakażeniem, na pięknej i smukłej łydce Ani. Szałszanka nie ma żalu. Klasowi chłopcy wszak bardzo szybko wytłumaczyli jej, że rany te są najlepszym sposobem na zdobywanie zatwardziałych serc mężczyzn, jak tylko przypadkiem wspomni się, że są one wynikiem ciężkich bojów stoczonych w Wietnamie. Dni upływały więc leniwie, z dala od domów mieszkalnych, gdzie rodzice byłych maturzystów odchodzili od zmysłów, a oni sami spędzali je pijąc piwo na tarasie, a potem w domku, a potem przy meczu, bo właśnei były Mistrzostwa Świata. Aż w końcu nadszedł sądny dzień, dzień wyników, które obwieszczone klasie 3B przez telefon wprowadziły wszystkich w dodatkowy marazm, skutkiem którego udali się na piwo do knajpy. Tak dla odmiany. Marazm był niesłuszny, bo kilka tygodni później okazało się, że każdy członek klasy 3B, jak jeden mąż, na wymarzone studia się dostał, skutecznie dzieląc Barany na te, które będą od października baranami krakowskim, baranami wrocławskimi albo baranami-domatorami, czyli gliwickimi, względnie katowickimi. A, no i jest jeszcze jeden baran lubelski. Same Bliźniaki dnia wczorajszego otrzymały listy, w których to komisje rekrutacyjne informują ich, że Bliźniak Młodszy, Krzysztof, znanym również jako Krzysiaczek-Misiaczek-Przytulaczek studentem psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego jest, a Bliźniak Starszy, Anna, zwana Janiną, Szałszanką, względnie Kurduplem studentką pedagogiki resocjalizacyjnej Uniwersytetu Jagiellońskiego została. Tym samym Ania decyzję podjęła, aby w przyszłości otworzyć poradnię „Pod Bliźniakiem”, w której to 30% zniżki na wizyty otrzyma każdy, kto przyniesie zaświadczenie o posiadaniu w swoich progach Wyżła. Za jednoczesne posiadanie Wyżła i Kota – 60% rabatu. Jeśli chodzi o resztę klasy to jej szeregi zasiliło dwóch studentów prawa, jeden dietetyk, dwóch chemików, jeden filolog niderlandzki, jeden slawistyk, jeden filolog polski (ale po co się uczyć przez 5 lat własnego języka?), jeden logistyk, jeden zarządca nieruchomości i jeden architekt krajobrazu. Wesoła ta gromadka postanowiła nie przejmować się niczym do czasu pierwszej sesji i radośnie spędza resztę wakacji na wykonywaniu czynności przeróżnych, czysto wypoczynkowych. Szałszanka też. Na przykład na gonieniu Psa i Kota, krzyczeniu, tupaniu i błaganiu, aby Futrzaki już przestały, bo to wcale nie jest śmieszne (choć śmieszne było, ale przecież musiała coś powiedzieć) i dlaczego nie mogą się po ludzku napić wody z miski, i co im strzeliło do tych nakrapianych łbów?! Brązowe oczy Wyżła i zielone oczy Kota za każdym razem wpatrywały się uprzejmie w Szałszankę po czym gdy tylko odwróciła się plecami na nowo wracały do zabawy. Olśnienie przyszło nagle. Geniusz Ani ją samą poraził i zmotywował do działania, co sprawiło, że szybkim ruchem klapę od sedesu zamknęła, dostęp do wody nie-pitnej skutecznie odcinając. A potem – dumna niezwykle – poszła położyć się na łóżko aby w spokoju kontemplować swój przebłysk geniuszu. Z tego błogiego uczucia wyrwał ją Pies, który z mokrym pyskiem wkroczył do pokoju, uprzejmie przypominając Szałszance, że przecież łazienki są dwie. Za nim przydreptał Tojestkot, którego powierzchnia w niewiadomych okolicznościach została w całości została pokryta wodą. Ania postanowiła, że nie chce nic wiedzieć. I zaczęła zastanawiać się czy 30% rabatu jest wystarczające. nutek 2006-08-18 13:39:54 skomentuj (1) O tym jak Szałszanka i Wyżeł znów stawali się idolami tłumów. Ha! – ucieszyła się głośno Szałszanka i wpadła na pomysł. Wyżeł, który akurat był w pobliżu też ucieszył się bardzo i machnął ogonem. Wyżeł lubił pomysły Szałszanki prawie tak bardzo jak swoje własne, szczególnie jeżeli było w nich miejsce dla niego, dla Psa. A nawet jak takiego miejsca nie przewidywała Ania to Uszaty zawsze potrafił je sam dla siebie znaleźć. Mieli więc pomysł. Wyżeł wytężył wszystkie swoje łaty na futrze i czekał, uważnie obserwując jak Szałszanka z czcią bierze coś do ręki i pokazuje mu. Pies powąchał. Zdziwił się. To jest ślimak – powiedziała Ania. Dziwne. Tojestślimak brzmiało całkiem podobnie jak Tojestkot, ale Tojestkota w ogóle nie przypominało. Wyżeł zdziwił się jeszcze bardziej, ale machnął ogonem, czekając co będzie dalej. Sam oryginalny Tojestkot w tym momencie zajęty był spaniem w doniczce. Uwolnimy ślimaka – poinformowała Uszatego-Łaciatego Szałszanka, bowiem znajdowali się w kuchni, a Tojestślimaki z reguły nie wiodą swojego szczęśliwego, ślimaczego życia w kuchniach, nawet jeżeli jest to kuchnia Szałszańska. Do dziś nie wiadomo jak nieborak Ambroży (bo tak postanowiła Ania nazwać Tojestślimaka) przywędrował do miejsca w którym odkryła jego obecność Szałszanka, ale całkiem możliwe, że znalazł się tu w celu dokonania zamachu stanu, ataku na miskę Psa, a raczej jej zawartość. Tak. Na pewno. Podstępny Ambroży! Wyżeł zmrużył oczy, ale nie czuł żalu, bo był zajęty. W końcu mieli pomysł, mieli Uwolnić Ślimaka. Podreptał więc szybciutko Pies do ogródka, a za nim Ania z Tojestślimakiem w palcach. Mama Szałszanka właśnie oddawała się urokom sadzenia kwiatków i nie miało dla niej znaczenia, że pada deszcz. Marta Szałszanka właśnie oglądała „Mode na sukces”. A oni mieli Bardzo Ważną Misję, mieli Uwolnić Ślimaka i znów stać się idolami tłumów! Pies Poker i Ania Szałszanka. Rozważny i Romantyczna. Piękny i bestia. Ona i on, niebo i grom. Zachwycili się tą wizją, choć Wyżeł trochę mniej, bo już nie mógł się doczekać co teraz będą robić, jaki jest następny punkt programu. Czy może Ania rzuci Tojestślimaka, a on będzie musiał jej go aportować? Albo zakopią go z radością w warzywniaku i przy okazji pobrudzą sobie nosy ziemią? Tyle pięknych wizji roztaczał przed sobą Pies i czekał. Niestety – Szałszanka miała zupełnie inny pomysł i ku wielkiemu zdziwieniu Uszatego-Łaciatego z czcią postawiła Ambrożego na trawie, pozwalając mu cieszyć się wolnością i radośnie hasać po trawniku Szałszanów. Ryba się zdziwił, ale nie na długo. Ryba się zdziwił po czym jednym, zwinnym ruchem wziął Ambrożego do pyska, ku przerażeniu Ani. Dla dobra nieletnich czytelników postanowiliśmy ominąć opis akcji ratunkowej Ambrożego, która przebiegła w sposób niezwykle dramatyczny i obejmowała wszelkie rodzaje perswazji i próby namówienia Psa, żeby tylko Ambrożego nie pogryzł, a już na pewno nie połykał. Akcja zakończyła się sukcesem. Wypluty Ambroży nie reagował na żadne bodźce. Obraził się. Szałszanka się wcale nie dziwi, ona sama też poczułaby się urażona, gdyby ktoś obiecał jej radosne hasanie na trawniku, a później usiłował zjeść. Wyżeł też się obraził i urażony poszedł spać na łóżko Ani. Sama Ania poczuła się winna i postanowiła, że już nigdy nie uratuje żadnego Tojestślimaka. Choćby ją Tojestślimak błagał, o nie! I poszła się położyć na kanapę, bo łóżko już było zajęte. nutek 2006-06-04 12:58:18 skomentuj (2) Notka wstępna: o tym czym należy się martwić, gdy jest się w klasie maturalnej Ania dziarskim krokiem weszła do klubu (a klub to takie miejsce na poddaszu gdzie można spędzać czas wolny i żadne nauczycielskie oko nie zagląda w celach wychowawczych, li i jedynie w celach zakupu drożdżówki), gdzie spodziewała się zastać godną reprezentację klasy 3 licealnej, 3-B dokładniej rzecz ujmując, która bardzo wzięła sobie do serca stworzone niegdyś określenie Bi-fri (to z angielskiego). Zaprawdę byli wolni niezwykle i radośnie oddawali się urokom zajęć przeróżnych. Zanim jednak Ania zdążyła przyjrzeć się dokładniej swojej gromadce, wyrósł przed nią Owoc. Owoc generalnie rośnie i to już od dłuższego czasu, osiągając już rozmiary znaczne, a bardzo znaczne gdyby go tak porównywać z Anią. Tym razem jednak wyrósł tylko przed Szałszanką, a ręce mu się trzęsły i natychmiastowej pomocy psychologicznej potrzebował. Bo tenże dwumetrowy mężczyzna miał sen, straszny sen i w tym śnie jeździł różowym polonezem, z czego wywnioskował szybko, że jest gejem, a później spotkał sąsiadkę w tym śnie, która powiedziała mu, że jest z nim w ciąży. Szałszanka zamyśliła się, wymyśliła i swoje rozwiązanie problemu przedstawiła – no bo jak to tak – jak gej, to nie ciąża, tak być nie może. Owoc pomyślał i zgodził się uprzejmie. A więc to oznacza, że przejawy homoseksualizmu pojawiają się u niego tylko w dni nieparzyste! Ania nie była pewna czy jest to wniosek słuszny, ale jej rozmówca szybko rozpromienił się dokonawszy tego odkrycia i kamień spadł mu z serca. A jak już był lżejszy o te kilka kilogramów to szybciutkim krokiem pobiegł do Krzysia spokojnie oddającego się urokom kanapowania się w drugim końcu sali. No bo dziś był dzień jedenasty. A Ania ruszyła dalej, bo spod okna machał do niej Miłeczek, żeby przyszła tu szybciutko, bo on musi jej coś powiedzieć. Kupiła sobie sukienkę! Znaczy Ta Lepsza Połówka Miłeczka kupiła sobie sukienkę na studniówkę, tak zostało oświadczone Ani. Kolor? Na twarzy jej szkolnego kolegi wymalowało się głębokie skupienie. Taki zabrudzony czerwony. Bordo. Chyba. Fason? Fason. Taka usztywniana tu, Miłeczek zaprezentował na swojej klatce piersiowej gdzie, i wiązana z tyłu, o tak – to również Miłeczek zaprezentował Ani machając w dziwny sposób rękami. I taki tren ma, taki długi, a ten tren to jest z takiego innego materiału zrobiony. Z takiego marszczonego. O, coś takiego jak pościel z kory, to taki materiał jest. Szałszanka uśmiechnęła się na tak męski sposób widzenia świata i ostrożnie spytała Miłeczka czy przypadkiem nie rozmawiał już z Tą Lepszą Połówką na temat tej sukienki, znaczy czy mówił jej jak ją widzi. Nie mówił. Ania nie zdążyła powiedzieć mu, że w istocie był to wybór słuszny, bo zadzwonił dzwonek. Pośpieszyła Karo i Maciusia, ale oni musieli jeszcze zostać, jeszcze należało rozwiązać ten niezwykle istotny spór o nalepkę z małpami. Ani wytłumaczono wszystko szczegółowo: Maciuś nie chciał oddać małp na drzewie, choć miał już króla Juliana i małego oposa, który płakał, więc Karo się choć małpy należą, o tak, a Maciuś się upiera i małpy na takiej wysokości trzyma, że Karo nie dosięga. A małpy są włochate, maja długie ręce i miny podobne do tych, które prezentowała klasa 3-B w czasie, gdy pani z matematyki oddawała sprawdziany z prawdopodobieństwa. Szybko obliczyli, że prawdopodobieństwo, że ich wiedza z owego przedmiotu jest jakakolwiek, jest bardzo małe. Dwie osoby dostatecznie, pięć zdobyło Dobre Oceny Promujące, reszta troszeczkę niżej. Zmartwiłaby się tym Szałszanka, o tak, choć akurat nie miała czasu. Wciąż jeszcze się śmiała z brudnej sukienki zrobionej z pościeli. Sukienki na Studniówkę. Bo wielkimi krokami zbliżała się dla klasy Bi-fri Studniówka, co powodowało u nich stany przeróżne. I właśnie o tym będzie następna notka, notka na życzenie zaznaczyć trzeba – życzenie Filipa. nutek 2006-02-08 08:43:27 skomentuj (4) Odcinek kolejny, w którym to Pies znajduje Prawdziwą Miłość, a Ania idzie do nieba. Siedzieli po prawej, na fotelu, na kanapie, pojedynczych krzesłach, a nawet na podłodze, bo nie wszyscy zmieścili się w pomieszczeniu. Gdzie Ania nie spojrzała – z prawej (lub po prawo; jak to mówią w slangu niektórzy mieszkańcy Szałszy), z lewej (lub po lewo) czy też na wprost – wszędzie siedzieli mężczyźni, cały szałszański salon wypełniony uśmiechającymi się mężczyznami w wieku przeróżnym, o aparycji słusznej. Ania zaniemówiła. Stanęła więc na wszelki wypadek w miejscu i postanowiła nie wykonywać żadnych nagłych ruchów dopóki nie upewni się czy aby na pewno nie śpi. Ale potknęła się przypadkiem o próg (z przytupem), a jej własne, osobiste palce od stóp zabolały, wszystko więc wskazywało na to, że oto znajduje się w stanie pełnej świadomości. W pełnej świadomości ze stadem mężczyzn w salonie. Szałszanka pomyślała i już po chwili rozpromieniła się w jednym z tych uśmiechów, który prezentuje, gdy tylko pojmie jakąś zawiłą myśl lub układ matematyczny (na przykład). Ania zrozumiała – umarła już po prostu i jakimś dziwnym trafem (loterią wizową może?) trafiła do nieba. Ha, świetnie! W życiu by jej do szałszańskiej główki nie przyszło, że w tym raju to może być tak fajnie. Fajnie na tyle, że aż postanowiła w całej swej wdzięczności znaleźć gdzieś Boga i osobiście mu podziękować, dłoń uścisnąć i spytać na przykład w którym to pokoju ona teraz będzie mieszkała w tym raju i co właściwie ma porabiać całymi dniami, skoro już nie musi chodzić na etykę ani na poniedziałkowe apele pani dyrektor, o lekcjach z panią Indyk nie wspominając. (To przypomniało Szałszance, że gdzieś tu na pewno musi być Murzyn, ale postanowiła poszukać go później). Ale – o zgrozo – Boga nigdzie nie było. Byli mężczyźni, którzy raz po raz się z nią witali, ale ona nie zapamiętywała ich imion, zresztą co za różnica – w końcu ma jeszcze na to całą wieczność (dosłownie). Był szczęśliwy Wyżeł pałętający się pod nogami tylu nowych gości i Krzyś stojący radośnie pośrodku towarzystwa i cieszący się niezmiernie. „Ania!” – wykrzyknął gromko – „Przyprowadziłem kolegów, wszyscy dziś u nas zostają!”. I był to jeden z tych momentów, w których Szałszanka nie potrafi przecenić wartości posiadania brata bliźniaka, do którego – swoja drogą – w chwili tej zapłonęła miłością żywą i ogromną. A tak generalnie to wszystko zaczęło się od tego, że Rodzice Szałszanie dnia pewnego postanowili dwie wielkie walizki ze strychu znieść, przyodziać słomkowe kapelusze i ogromne okulary przeciwsłoneczne i żywo podreptać na lotnisko, skąd znów mieli udać się na wyspy Rodos. Marta Szałszanka zaś, po długich godzinach przepraszania Wyżła (który jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa), również walizkę spakowała i z ogromnym zapasem babcinego ciasta opuściła Szałszę na rzecz Wrocławia, rodzeństwo swe na rzecz nowych mężczyzn z roku, a Psa na rzecz szkieletu krowy w prosektorium. Bo Marta Szałszanka dumną studentką medycyny weterynaryjnej jest. Tym samym, wszystkimi zbiegami okoliczności, Bliźniaki zostały same. Wszystkim wyjeżdżającym w drzwiach pomachały, ale niestety nie miały czasu się zmartwić, bo już za kilka godzin w Szałszy miał się zacząć wiejski ubaw. (Opis wiejskiego ubawu pominiemy milczeniem ze względów cenzurowych) (No dobrze, było bardzo grzecznie, Ani się po prostu nie chce pisać) (Powie tylko, że minął spokojnie wśród wiejskich tańców godnych „Wesela”, nowej dyscypliny sportowej polegającej na przemieszczaniu się w dół schodów w asyście kasku rozwerowego „osłaniającego mózgoczaszke i w pewnym sensie trzewioczaszkę”, drobnych elementów gejowskich i spania w wannie. Niektórzy z zaproszonych uczestników nie dotarli na ubaw z powodu takiego, że po drodze zapalił im się autobus. A poza tym było fajnie.) Dnia następnego, gdy wszyscy goście wiejskiego ubawu z martwych powstali, w stanie różnym, indywidualnym i mimo gwałtownej migreny do domu udać się postanowili, Bliźniaki wszystkim wyjeżdżającym w drzwiach pomachały, ale niestety nie miały czasu się zmartwić, bo już za kilka godzin w Szałszy miał się zacząć (prawie) męski zlot. (Męski zlot bardzo się Ani podobał) (Wyżłowi też, ponieważ pewien uczestnik Zlotu Męskiego zapałał do Psa miłością nagła i organoleptycznie postanowił ową miłość wyrazić. Innymi słowy – bardzo miło spędzili we dwójkę noc) (Szałszanka nie była zazdrosna, bo była zajęta oglądaniem Johnnego Bravo) Nad ranem grupa mężczyzn przed drzwiami Ani stanęła i chórem za gościnę jej podziękowała, co było – według Szałszanki – czynem absolutnie zbytecznym, bo ona osobiście nie ma nic przeciwko takim męskim zlotom, a radosny niezwykle Pies był zdecydowanie tego samego zdania. W każdym razie ponownie Bliźniaki wszystkim wyjeżdżającym w drzwiach pomachały, ale niestety tym razem miały czas się zmartwić, bo okazało się, że jedynym ubawem, który ich za kilka godzin czeka, jest ubaw u babci. (Nie, tego ubawu już na pewno nie będziemy opisywać) Tak to sobie dwie najmłodsze latorośle Szałszańskiej rodziny w zgodzie i harmonii żyły przez tydzień, wykazując się niezwykle społeczną postawą i wzajemnie się uzupełniając. Tak to, gdy jedna część Bliźniaków pranie robiła, druga owe pranie rozwieszała na strychu. Gdy pierwsza połowa zamiatała, druga zmywała podłogi i w końcu gdy Krzyś na przykład obiad robił, to Ania obiad jadła. A największym przejawem zgody i współdziałania był fakt, że gdy jedna z bliźniaczych stron Psa zapominała karmić, tak i druga czynności tej nie wykonywała. Nie wiadomo dlaczego Wyżeł się nie upominał, gdy mijał trzeci dzień, a zawartość jego miski wciąż się nie zmieniała (znaczy była pusta), nie wiadomo też jak i czy w ogóle żywił się przez ten czas – istniała możliwość, że miłością, tą jeszcze niedawną z męskiego ubawu. Przez chwile był też pomysł, że fakt ten należy połączyć z nagłym zniknięciem Ruletki, ale ta na szczęście pojawiła się w końcu w domu, wszelkie domysły rozwiewając. Wiadomo na pewno, że gdy tylko Bliźniaki odkryły swoje niedopatrzenie, to Psa gorąco zaczęły przepraszać. Ale Wyżeł nie chowa urazy. Dodatkowy plasterek żółtego sera i nie ma sprawy, on sobie może kilka dni pogłodować. Kiedy jednak minął radosny tydzień bliźniaczego urzędowania i trzeba było przywrócić dom do stanu poprzedniego, co oznaczało między innymi odgruzowanie łazienki ze sterty brudnych ciuchów i usunięcie z lodówki wszystkiego, co kolorytem było zbliżone do wszelkich odcieni zieleni (choć to nie było trudne, bo w samej lodówce niewiele już było), to Bliźniaki posłusznie owe czynności wykonały, po czym bez życia padły na fotele. Męcząca sprawa takie życie – pomyślała Szałszanka, jednocześnie zrzucając Wyżła z kanapy, na której to sama leżała i która jej zdaniem była zdecydowanie jednoosobowa, choć Pies miał na ten temat zgoła inne zdanie - człowiek sobie organizuje ubawy, a później umiera ze zmęczenia. Choć, z drugiej strony, ona umierać już może, już się nie boi. W tym niebie to jednak wcale nie jest tak nudno. nutek 2005-10-09 15:26:00 skomentuj (0) Szałszański Król Dzungli i trzęsienie ziemi. Wyżeł stanął w drzwiach i nie było sekundy, żeby przyszło mu do rybiej główki, że jest w tej chwili Ani zbędny. Rozbieganym wzrokiem ogarnął wszystko dookoła; na łóżku Szałszanka, obok herbata, na kolanach zeszyt z niemieckiego. W Rybim rozumku szybko skojarzył fakty – czegoś w tym obrazku brakowało. I zdecydowanie był to Wyżeł (swoją drogą też niemiecki). Ucieszył się na to odkrycie, szczególnie że sam go dokonał, i dziarsko podreptał w stronę Ani, która uparcie starała się zasłonić książką i udawać, że owego Psa nie zauważa. Hop – Wyżeł skoczył na łóżko, a że bardzo spodobał mu się dźwięk, jaki wydały najprawdopodobniej nadwyrężone sprężyny, gdy tylko poczuły na sobie dodatkowe trzydzieści pięć kilo, to szybciutko z owego łóżka zszedł i czynność powtórzył. Zgrzyt. Jeszcze raz – na podłogę Wyżeł zszedł i zrobił hop. Zgrzyt. Trzask – Szałszanka ostentacyjnie rzuciła podręcznik na łóżko i spojrzała groźnie na Wyżła. Zrozumiał. Aż sobie przysiadł z wrażenia i spojrzał na Anię z miłością; dobrze, będzie już grzeczny, posiedzi tu sobie i poczeka aż skończy się uczyć, nie wykonując żadnych czynności, które mogłyby jej przeszkadzać. No, przynajmniej tak sobie to zinterpretowała Ania i uspokojona wróciła do niemieckich słówek, a trzeba Wam wiedzieć, że uczy się metodą skojarzeń. Właśnie była przy „sich schwer tun” (utrudniać), co radośnie kojarzyła sobie z „trudno jeść tuńczyka”, bo zaiste owej ryby nie lubi i po raz kolejny powtarzała sobie, że trudno jeść tuńczyka, jeść tuńczyka trudno i trudno tuńczyka jeść, gdy nagle poczuła niepokojące wibracje. Kubek z herbatą zaczął się trząść, książka podskakiwała, sprężyny skrzypiały, a samej Ani natychmiast przypomniały się niedawne zdjęcia z Nowego Orleanu i przestraszyła się na myśl o tym, że właśnie jest świadkiem Szałszańskiego Trzęsienia Ziemi. Pomyślała, pomyślała, ową opcję z przyczyn kilku odrzuciła i znów spojrzała groźnie na Wyżła. A ten siedział z tylnią łapą za uchem i nie rozumiał – no bo jak to tak, nawet drapać się nie wolno? Westchnęła głośno, kazała Psu się położyć, obiecała dodatkową kolację jak tylko da jej kilka minut spokoju i ponownie wróciła do tuńczyka, którego trudno jeść. Trudno zjeść tuńczyka, sich schwer tun, tuńczyk jest trudno zjadalny, sich schwer tun, zaraz, chwila - coś Szałszance w tym wszystkim nie pasowało i miała wrażenie że nie chodzi tu o tego nieszczęsnego tuńczyka, która macha żałośnie płetwami na talerzu, żeby go tylko nie zjeść. Zrobiła mądrą minę i pomyślała - jest cicho, jest spokojnie, a każdy właściciel Wyżła wie, że nie wróży to nic dobrego. Z pewnym lękiem spojrzała na drugą stronę łóżka, gdzie ostatnio zanotowała obecność Psa. Był tam, a jak. Leżał w pozycji gotowej do skoku, podpatrzonej najpewniej u jakiegoś tygrysa, i bacznie obserwował każdy ruch Szałszanki. A upewniwszy się, że Ania na niego patrzy, ziewnął głęboko (co zapewne było okrzykiem bojowym Wyżła), tylne łapy naprężył i jednym skokiem dopadł do niej, gryząc w nos. A zawzięty był, że aż strach; na nic było machanie rękami, krzyk i groźby; Pies widocznie długo owy plan obmyślał, bo tym razem był nadzwyczaj skuteczny. Co dotkliwie sprawdziła na sobie Szałszanka, a raczej jej nos. Kiedy więc już poddała się i poległa bez ruchu na łóżku, Pies bardzo zadowolony z siebie zaprzestał ataku. Wyglądało to tak jakby Wyżeł przeczytał jakiś poradnik „Jak być Królem Dżungli” i postanowił owe rady przenieść na swoje terytorium, leżąc teraz niczym lew obok swojej ofiary i dumnie chwaląc się światu tym, co upolował. Przy okazji machał wesoło ogonem, uderzając tym samym Anię po twarzy. A kiedy już Szałszanka znalazła siłę i podniosła głowę, spojrzała na zwycięskiego Wyżła, leżącego w pozycji sfinksa i natychmiast przyszedł jej do głowy pomysł. Wydała z siebie bliżej niezidentyfikowany okrzyk, doskoczyła do Psa i szybkim ruchem w nos swojego niedawnego oprawce ugryzła. Wyżeł szybko z łóżka się poderwał, spojrzał na Anię obrażony i natychmiast z pokoju wyszedł. No bo jak to jest, kurcze blade! Pies naprawdę towarzyski i zabawowy jest, ale - jak Wyżeł swoje Uszy kocha - Szałszanka naprawdę mogła wymyślić coś mądrzejszego. EPILOG Wrócił po pięciu minutach, ślizgając się łapami na parkiecie i ze strachem w oczach. Szybko wskoczył na łóżko, padł plackiem na materac i schował się za Anią. Nawet Król Dżungli boi się odpchlania. nutek 2005-09-13 19:46:54 skomentuj (2) O indykowych lekturach. Krzysiu swoje zgrabne, owłosione nóżki rozłożył, lampkę zapalił, książeczkę do ręki wziął i posłusznie wziął się do czytania. Posłusznie o tyle, że była to lektura szkolna, a że był początek września dopiero, to brat Szałszanki mocne postanowienie w wypełnianiu obowiązków ucznia miał. Jeszcze. Taka Ania na przykład jeszcze go nie miała, ale uparcie twierdziła, że wszystko przed nią i kiedyś nadejdzie ten radosny (dla nauczycieli) czas. Póki co swoje nieowłosione nózki rozłożyła i ochoczo wzięła się za zgłębianie tajników Internetu, a dokładnie rzecz ujmując rzuciła się w wir gadulcowych dyskusji z mężczyznami sztuk trzy z czego jeden boi się psów mniejszych od jamnika, (ale tylko wtedy gdy nie mają ogona), drugi w przypływie nudy rozbija zamarznięte mleko widelcem, a trzeci odkrył niedawno, że jest Antychrystem. Siłą rzeczy były to więc dyskusje bardzo ciekawe, a przerywane tylko od czasu do czasu głośnym rechotem Krzysia. Szałszanka się nie zdziwiła. Szałszanka się nie zdziwiła dlatego, że przejrzała ostatnio plan niezwykle niecny, plan gorszy od tego zakładającego zagładę świata przez krwiożercze ogórki kiszone, plan zatrważający. Bo Ania odkryła nic innego jak fakt, że wokół niej rozpoczęła się właśnie wielka Akcja Społeczna, która ma na celu w najbliższym czasie skierować ją do odpowiedniego domu opieki mentalnej, zeufemizujmy to tak. Taka Akcja Społeczna „Wyślij Anie do czubków”, po prostu. Jeżeli na wieść o akcji tej obudziły się w Was wielkie, społeczne aspiracje, to musicie wiedzieć, że macie cały wachlarz możliwości, dzięki któremu możecie sercem, duchem i czynem poprzeć tą jakże piękną inicjatywę. Możecie na przykład biegać za Anią po korytarzu z okrzykiem „Łysolku! Łysolku!”. Możecie udawać kosmitę E.T. na lekcji angielskiego tak jak jej własny, bliźniaczy brat. Względnie można też wejść w całości do kałuży z błotem, a później wytarzać się w piasku, ale to już taka wersja dla najodważniejszych. Jak to się mówi – tylko dla Wyżłów. Musicie tylko pamiętać o tym, że Ania jest Kobietą Silną Niezwykle (choć Inaczej). I nawet te sny o Indianach tańczących wokół lodówki nie złamią mocnych postanowień Szałszanki, żeby zachować zimną krew. I nie pozwolić się już sobie nigdy zdziwić. Nawet, gdy Krzyś po raz kolejny wycucha niezidentyfikowanym bliżej śmiechem. Nawet gdy na lekcji angielskiego nowa nauczycielka, uparcie przypominająca indyka, każe im powtarzać dni tygodnia. A oni radośnie powtarzają. A pani Indyk jest rozpływa się w zachwycie nad ich żyłką do języków. Ha, w ogóle dla pani Indyk to warto poświęcić małą dygresję. Murzyn odszedł. Murzyn odszedł, pozostawiając swoich ukochanych uczniów w czarnej rozpaczy, li i jedynie z pięknymi wspomnieniami ich wspólnej, edukacyjnej podróży w głąb najtrudniejszych zakamarków języka angielskiego. Bo któż nie ociera łezki przypominając sobie z jaką pasją opowiadał im o tym, że dostał misję od Boga? (nigdy nie zostało ustalone w jaki sposób z owym Bogiem nawiązał kontakt, co budziło liczne podejrzenia). Albo na wspomnienie tych lekcji, w których padał przed nimi na kolana i mówił, że jest ich sługą! Albo gdy niewinnej, boguduchawinnej Karo kazał zostawać po zajęciach i modlił się o to, żeby Bóg nie pozwolił mu jej skrzywdzić. (Te traumatyczne przeżycia tkwią w Karo do dziś). Kto nie sięga po chusteczkę, przypominając sobie te piękne momenty ich wspólnych godzin, w czasie to których kwitła tolerancja i wzajemne zrozumienie, ten zgniłe jajo. Względnie nie poznał jeszcze pani Indyk, która miejsce Murzyna zastąpiła. Pani Indyk – jak sama nazwa wskazuje – ma bardzo przyjemną dla oka aparycję, która cieszy oko wszystkich uczniów szkoły już od początku września. Pani Indyk z gracją przechadza się po szkolnych korytarzach i tylko od czasu do czasu zostaje zaczepiona przez uczniów w osobie Maciusia na przykład, którzy bardzo ambitnie rozpoczynają z nią konwersację w jej ojczystym języku angielskim. Niestety – takim uczniom pani Indyk ze smutkiem odpowiada, że nie rozumie po polsku i rusza dalej ochoczo do klasy, gdzie dyryguje rozszerzoną językową maturzystów, którzy chórem powtarzają alfabet. Nie. Nie, nie, nie, wróćmy się. Bo zanim nasi maturalni bohaterowie zaczęli śpiewać chórem alfabet, to najpierw musieli się przedstawić. Po kolei, po angielsku. Karo z Ania radośnie odkryły, że z każdą wypowiedzią kolejnego ucznia, twarz pani Indyk staje się coraz bardziej nierozumiejąca. Ale nieprzerwanie maluje się na niej uśmiech, a głowa kiwa w entuzjazmie dla tego, co owi uczniowie mówią. Ha! – ucieszyły się nasze dwie rezolutne bohaterki – może więc pani Indyk jest głucha i tylko udaje? Ha! – ucieszyły się ponownie i postanowiły to sprawdzić. Plan był prosty. Wystarczyło po angielsku wytłumaczyć pani Indyk, że jest się jednookim bałwanem z kosmosu zrobionym z kosmicznego smalcu (w hołdzie naszemu ulubionemu bohaterowi internetowych komiksów) i sprawdzić reakcję. Tak tak, plan był jak zwykle genialny. I tak tak, plan się jak zwykle nie udał. No bo jak jest po angielsku „smalec”? Nie miały czasu zasmucić się nasze bohaterki nad swoim niepowodzeniem, bo szybko musiały powrócić do tematu lekcji, którym były tajemnicze literki angielskiego alfabetu. Nie wiedzą więc czy pani Indyk słyszy. Ale od dziś wiedzą, że „poniedziałek” to „Monday”, a jak mówi stare, indiańskie przysłowie – lepszy rydz niż nic. Względnie – lepszy Wyżeł niż jamnik. Powróćmy jednak do głównego wątku, którym – przypomnijmy – była zakrojona na szeroką skalę Akcja Społeczna. Więc nawet gdy pewien sparanoizowany osobnik, wzrostu metr dziewięćdziesiąt ileś, uparcie liczy, że już tak niedługo matura, a wczoraj wyszło mu, że za trzy miesiące, a dzisiaj już że za dwa. Nawet gdy do ubikacji żeńskiej wkracza nagle Sztab Kryzysowy, który ma na celu uwolnienie Ani z kabiny, w której się zacięła, a jedynym problemem w tej akcji ratunkowej jest fakt, ze owa Szałszanka wcale się nigdzie nie zacięła i nie miała nawet zamiaru. Nawet wtedy Ania nie da się zwariować. Nie będzie zwracać uwagi na rozradowanego brata, z rozkoszą oddającego się urokom czytania lektury szkolnej, choć nie za bardzo wie o co chodzi, bo ona osobiście w owej książce nic śmiesznego nie znalazła. Choć ciekawska była, bo kobietą jest. Bo Krzyś znalazł. Śmiał się, cieszył, od czasu do czasu przeklinał na tych, co przegrywali mecz, a potem znów się radował, a z tej radości to machał dużymi palcami u stóp. „Ha! Ha” – krzyknął w końcu głośno, rozwiewając wszelkie niedomówienia dotyczące jego pozytywnego stanu – „Ha! – powtórzył - Ale z tego Wyspiańskiego to był zboczuch!”. Taki wiek. (Krzysia, nie Wyspiańskiego). nutek 2005-09-05 18:32:44 skomentuj (6) Z cyklu: postanowienia noworoczne. Koniec obijania się. Wracamy! :) nutek 2005-09-02 19:56:07 skomentuj (0) Baletnice też noszą majtki. - Wysłano mnie do psychiatry – westchnął Michał, przerywając ciszę panującą w Sali z angielskiego, gdzie cała grupa uparcie starało się wstawić w te puste miejsca na kartce jakieś słówka, a że miały to być słówka, które znali, to tak jakoś słabo im szło. Ożywili się więc bardzo na to wyznanie i natychmiast porzucili analizę tak pięknego wyrażenia jak „pig-headed” (choć Ani wydało się to dość jasne,osobiście zna nawet pewne przykłady). Bo Michał już ostatnio podzielił się z nimi wrażeniami z testu psychologicznego, który musiał przejść. Traumatyczne to było przeżycie, przyznać trzeba, tym bardziej, że pytania te godziły w najintymniejsze sfery życia delikwenta. Musiał więc zastanowić się nad tym, czy chciałby być kwiaciarką, czy kocha mamę, czy podnieca go widok krwi i w końcu – co najbardziej problematyczne – czy ma często zatwardzenia. A jak już był przy 450 pytaniu z tych 800, to mu się komputer zawiesił, tak właśnie. I pani psycholog - pożalił się - to powiedziała, że to dlatego, że kopałem w komputer. Nie wiadomo więc czy to przez to kopanie, czy kwiaciarkę czy też te zatwardzenia (uparcie nie mogłem sobie przypomnieć. Napisałem, że nie wiem), w każdym razie wysłano go do psychiatry. Przedtem jednak wystawiono diagnozę. Tak więc oto, ten kolega, co siedzi tylko dwa miejsca od Szałszanki, okazuje się, że boi się ludzi, bywa agresywny, ma zaniżone ego i skłonności narcystyczne. Tak tak, to nie jest żaden błąd w druku. Po tym ostatnim wyznaniu zapadła cisza. Taka sama jak u Szałszanów, gdy pada kwestia pójścia do kościoła. Hm - odezwała się pierwsza odważnie Pani - A płacisz im za to?. I bardzo podejrzliwie do dalszych czynności przejść kazała. A dalsze czynności polegały – a to niespodzianka – na uzupełnianiu luk. Z tym, że tu sprawa miała się o tyle łatwiej, że słówka podane już były. Jak na Szałszański gust, to ona nie widzi różnicy, więc po co przepłacać, ale siedziała cicho. Do you know what a manger is? - spytała dobrotliwie Pani, choć nadzieję na uzyskanie odpowiedzi straciła już gdzieś w okolicach września. Tak więc, jako że cała grupa Ani z angielskiego, z nią samą na czele, bardzo lubi spełniać oczekiwania, tak też i w tym wypadku pożądanej odpowiedzi nie udzieliła. It’s a thing… - tłumaczyła cierpliwie Pani - …you keep fodder in it… and horses eat from it… and… - dodała, gdy miny słuchaczy kursu z nierozumiejących zmieniły się li i jedynie na jeszcze bardziej nierozumiejące - and it is said that Jezus was born there. Obora? – spytał Michał i bardzo z siebie zadowolony zęby wyszczerzył (a przyznać trzeba, że zęby ma bardzo ładne). Nie o oborę jednak, a koryto chodziło, co to ma do Jezusa, to Szałszanka nie wie, ale ona w końcu dość sporej ilości rzeczy nie wie.Właśnie! – ucieszyła się bardzo Pani – a teraz mamy tu wyrażenie “dog in the manger”, pies w korycie! To który z podanych wyrazów może być synonimem do tego wyrażenia? Ciekawe jest czy i na to pytanie Pani oczekiwała odpowiedzi, ale Ania nie miała czasu się nad tym zastanawiać, bo Szałszanka bardzo rezolutna jest i od razu wpadło jej do głowy rozwiązanie. Immoral? Okazało się, że nie jednak nie, ku wielkiemu rozczarowaniu Szałszanki. Tak samo jak „pain in the neck” też nie jest synonimem „immoral”, ani też „stick in the mud”, a później to już Ania dostała zakaz używania tego pięknego przymiotnika na „i”. W każdym razie kiedy już Szałszanka siedziała cicho o tyle, że się śmiała, a Justyna się śmiała z Ani, a Pani rozmawiała z kimś innym o byciu asertywnym (po angielskiemu), odezwał się nagle Michał (ten sam, który został wysłany do psychiatry). Odezwał się i z żywym zainteresowaniem zapytał: „A o co właściwie chodzi z tą baletnicą?”. A widać było, że pytanie to nurtowało go od dawna. Pani z historii twierdzi, że w takich sytuacjach należy się do danej osoby uśmiechać, a jedną oddelegować żeby poszła zadzwonić. Taki miała przynajmniej plan na jednej z historii, na której to Karo i Ania miały humory wybitne, a ta pierwsza to zdecydowanie wybitny. W tym przypadku jednak sprawa była znacznie poważniejsza. Poważniejsza o tyle, że zostało zadane pytanie czysto filozoficzne – no bo o co właściwie chodzi z tą baletnicą? A słuszność tego pytania nie może zostać niedoceniona. Żadną miarą. Zanim jednak Michał wyda swój bestseller na temat baletnicy, zanim jednak będzie się uśmiechał swoimi równymi zębami zza tylnej okładki swojego debiutu, to pozwólcie, że to Ania zdradzi Wam odpowiedź na to pytanie natury – bądź co bądź – filozoficzno-etyczno-moralnej. Wróćmy więc na chwilę do Sali, gdzie to Szałszanka już się nie śmieje, a jest zdziwiona, Justyna też się już nie śmieje, a jest zdziwiona i Pani też jest zdziwiona, a gdzieś pomiędzy tymi zdziwionymi rzędami ławek jest zawieszone w próżni pytanie. Pytanie o baletnice. No bo - ciągnie dalej Michał -ja nie wiem jak to końcu jest. Bo jedni mówią, że złej baletnicy to przeszkadza rąbek u spódnicy - żalił się - a drudzy - kontynuował -że złej baletnicy to przeszkadzają majtki w kroku. I to kto ma rację?. Pani zamilkła na chwilę. Spytać chciała zapewne, czy on na pewno tym ludziom płaci. Powstrzymała się jednak i stwierdziła, że skoro nasza znajomość przysłów angielskich jest taka, jak polskich, to chyba lepiej skończyć na dzisiaj. Więc podreptali do domu. A przyznać trzeba, że pouczająca była to lekcja. nutek 2005-05-17 22:20:57 skomentuj (2) Dodatek specjalny - co słychac u Szałszanów? Poza tym Mama Szałszanka postanowiła zostać prawdziwą empatką i zaczęła się martwić, co by było gdyby nam wszystkie kalafiory umarły na polu? (Nie, nie mamy pola kalafiorów). Anie naszła nagła, nieprzeparta ochota nazywać się Bogdan Faworek, a Marta Szałszanka zdała maturę ustną z polskiego na 100%. I nawet jeżeli Szałszanka nie nazywa się Bogdan, to jest strasznie dumna. nutek 2005-04-23 17:15:16 skomentuj (5) O kontemplacji rzecz sposobie Szałszanka stała i kontemplowała. Nie żeby było z nią już coraz gorzej (jak by to powiedział Przemeczek). I nieprawdą jest również, jakoby Ania nagle dostała znak od Boga, który nakazał jej rozpocząć wyżej wymienioną czynność (bo taka byłaby wersja Murzyna). I niestety również możliwość, że Szałszanka najzwyczajniej w świecie zmądrzała (jaką niewątpliwie życzyłaby sobie mieć za prawdziwą Mama eSz.) była nieprawdziwa. W istocie Ania kontemplowała tylko z jednego powodu. I właściwie nie będzie dla nikogo niespodzianką, że działo się tak przez Wyżła. Wszak – jak mówi stare słowiańskie przysłowie – wszystkie drogi prowadzą do Ryby. Tym razem jednak wszystkie drogi miały zaprowadzić na spacer, na który to nasi dwa ulubieni (tak im się wydaje) i niezwykle rezolutni (to jest pewniak) bohaterowie postanowili się udać. I właśnie w trakcie tego spaceru, który rozpoczął się od deptania grządek Proboszcza, Szałszanka została zmuszona do kontemplacji. Zanim jednak powrócimy do właściwej części tej historii, pragniemy uspokoić wszystkich, których zelektryzowała wieść o deptaniu grządek Proboszcza, że nasi ulubieni (tak im się wydaje) i niezwykle rezolutni (to pewniak) bohaterowie nie boją się gniewu Bożego. A nie boją się dlatego, że znany już wszystkim Murzyn ostatnio zapałał do Ani sympatią niezwykłą. Żeby nie rzec - bezdenną. I Szałszanka uparcie twierdzi (wbrew wszystkim), że fakt, że biedny Murzyn ciągle myśli, że ona mu kiedyś pożyczy kamerę, nie ma z tą sympatią nic do rzeczy. Wróćmy jednak do właściwej części opowieści, czyli tejże kontemplacji. Ania nie kontemplowała zbyt wiele, deptując po grządkach Proboszcza, a jedynie śmiała się trochę, bo wyobrażała sobie owego Proboszcza goniącego naszych ulubionych (tak im się wydaje) i niezwykle rezolutnych (to pewniak) bohaterów z grabiami. Nie wiadomo czy śmieszne były te grabie, czy też Proboszacz, czy też Proboszcz i grabię, w każdym razie Szałszanka była zachwycona. No i nie kontemplowała. Pies właściwie też nie, a to zapewne dlatego, że nie wie co to znaczy. W każdym razie nie zawracał sobie tym faktem Rybiej główki i ochoczo deptał spokojnie (jak na Wyżła) po wyżej wspomnianych grządkach. A jak już skończył, to przeskoczył przez ogromny rów z wodą i począł deptać po tym drugim polu, tym po drugiej stronie, które – nota bene – też należy do Proboszcza. No i właściwie tu doszliśmy do sedna kontemplacji– i nie chodzi bynajmniej o kontemplację nas polami Proboszcza, ani nad deptaniem ich przez Rybę, a najzwyczajniej w świecie o ten rów. Rów z wodą. Szałszankę bowiem od dzieciństwa dręczy sen, w którym to puka do bram nieba, a święty Piotr informuje ją, że tak, wszystko się zgadza, na liście jest (pozycja 53), ale wpuścić jej niestety nie może, bo ma mokre skarpetki. Rozumiecie więc dlaczego to tenże rów zmusił Anię do głębszych kontemplacji nad sposobem jego przeskoczenia. Stała więc i myślała, a zajmowało jej to już dobre trzy minuty. Plan był prosty: należało się sprężyć i zrobić hops, niczym rącza łania*. A później spokojnie deptać grządki po drugiej stronie. I właściwie wszystko w tym planie było genialne (jak to zwykle w planach Szałszanki) oprócz pewnego szczegółu (jak to zawsze w planach Szałszanki), a mianowicie tego, że w rowie była woda. Ania co prawda skoczna jest niezwykle, w czym pomagają jej jej niezwykle długie nogi, a pokazują wszystkie dotychczasowe lekcje WueFu. I wysportowana jest, że aż strach. I właściwie to tylko czasem przytrafiają jej się sytuacje, w których owa skoczność, wysportowanie i rezolutność, zawodzą. A że w tym wypadku stawką było pójście to nieba, to sami rozumiecie, że sprawa była poważna. W tym samym czasie Wyżeł za to raz po raz przeskakiwał z jednej strony (rowu) na drugą i absolutnie nie doprowadzał tym faktem Szałszanki do szału. A kiedy już mu się znudziło przeskakiwanie, to postanowił pozostać po stronie Ani i pogonić trochę ptaka. A fakt, że ptak leciał nie miał dla Wyżła żadnego znaczenia. To, że – jak zwróciła uwagę Szałszanka – ptak obrał kierunek w prawo, a Pies biegł w lewo – też. Tak więc Ania stała i sprężała wszystkie swoje siły fizyczne i umysłowe. Było to o tyle trudne, że duet Przemeczek i Maciuś oprócz swoich dotychczasowych badań, których celem było doprowadzenie Szałszanki do obłędu, postanowił równolegle swego czasu dokonać odkrycia jakoby Ania mogła wykonywać tylko jedną czynność naraz. Na przykład jak się ją dotknie to traci słuch. Mówią, że jest to sprawdzone i udokumentowane. Zainteresowanych zapraszamy do prywatnych kontaktów z obojgiem panów. W każdym razie nadszedł ten piękny i wzniosły czas, w którym Szałszanka postanowiła zaprzestać swojej kontemplacji i zrobić hops, niczym rącza łania, mając przy tym głośną nadzieję, że będzie to hops wystarczające. I pewnie nawet moglibyśmy poznać wyniki tego rączołanienia się, gdyby nie Pies, który stał obok, zły że coś mogło okazać się sprytniejsze od niego samego i po prostu sobie polecieć. Pies był zły, a Ania widocznie straciła wzrok od tego myślenia, bo zwyczajnie nie wkalkulowała Wyżła w swój plan i zrobiła hops aczkolwiek nie do końca jak rącza łania, bo potknęła się o Rybę. Trzeba Wam wiedzieć, że nasi dwa ulubieni (taką mają nadzieję) i niezwykle rezolutni (to pewniak) bohaterowie byli źli. Szałszanka dlatego, że była mokra na dość dużej, dolnej swej powierzchni. I na Psa trochę zła była, ze nie stał tam, gdzie trzeba. Wyżeł za to na Anię, za to że jest taka niesłowna. No bo jak to, kurcze blade, jest że Psu nie wolno było się okąpać (jak to mówi babcia Karo)? Dlaczego jemu zabroniono moczyć łapy, uszy i pozostałe części ciała Wyżła? I pić nie wolno było? I jak to, kurcze blade, jest że jemu wolno nie było, a teraz Szałszanka sama uprawia wypoczynkowe pływanie? Zniesmaczył się Wyżeł, łeb na bok przechylił i ostentacyjnie podreptał na drugą stronę pola Proboszcza. Zostawiając w Ani ogromne poczucie winy. I pewnie to poczucie winy sprawiło, że Szałszanka kilka minut później robiła to, co robiła. Bo okazało się, że po drugiej stronie pola Proboszcza są wysuszone kłosy kukurydzy. I nie wiem czy wiecie, ale oto właśnie rezolutny Wyżeł wpadł na genialny, wyżli pomysł pouprawiania przełajowego biegu przez te kłosy. Sprawa była prosta – należało jak najszybciej biec, przeskakując to, co wystaje. No i mieć śmieszny wyraz pyska. Względnie twarzy. Prawdą jest, że zobaczywszy Psa Ania podjęła natychmiastową decyzję o wyszukaniu w Internecie jakichś zawodów przeskakiwania przez suche kłosy kukurydzy i była zdecydowana natychmiast posłać tam Rybę. Bo nawet jeżeli nie za szybkość, to za styl miałby on murowane pierwsze miejsce, wszak nie każdy ma na głowie dwie powiewające w czasie każdego skoku, chorągiewki. Uszy znaczy się. W każdym razie, wracając do rzeczy, Ania do teraz nie wie skąd się wzięła w niej ta nagła potrzeba pobiegania przez te kłosy kukurydzy. Czy chodziło o te uszy, czy o śmieszny wyraz pyska, czy o te wyrzuty sumienia. Postanowiła i już. A że postanowiła, to i uskuteczniła. Ale nie śmiejcie się z Ani i z jej wewnętrznej potrzeby. Nie śmiejcie się – pan, który wjechał w tym czasie na traktorze na wyżej rzeczone pole, zrobił to za Was. Wrócili znacznie szybciej niż na owe pole przyszli. Tak zadecydowała Szałszanka, szybkim (bieganym wręcz) krokiem opuszczając grządki Proboszcza. Zresztą prawdą jest, że się i trochę zmęczyła – niecodziennie bywa się rączą łanią. *Cytat nie-Szałszański. Oryginał jest tutaj. nutek 2005-04-23 17:14:39 skomentuj (8) 7 kwiecień 2005 Gliwice. Msza w intencji zmarłego Ojca Świętego na placu krakowskim. ![]() ![]() ![]() Pisać nic więcej nie trzeba. nutek 2005-04-09 19:22:51 skomentuj (1) Traumatycznych przeżyć Wyżła ciag dalszy. Prawdą jest, że swego czasu niejaki osobnik rasy Wyżeł, znany również pod mylącym kryptonimem „Ryba”, dopuścił się haniebnego aktu nierządu z pewną nieletnią i przy okazji niewinną istotą rasy Kundel. Zdradził tym samym inną kudłatą damę, której serce dotychczas za każdym razem biło mocniej, widząc wielkie czarne Uszy na horyzoncie, ale która mimo wszystko nie odebrała tamtego wstydliwego incydentu osobiście, kilka dni później pogrążając się w homoseksualnym akcie seksualnym ze swoją – wydawać by się mogło – rywalką. Sprawa ta skomplikowała się na tyle, że przestała mieścić się w malutkim rozumku Wyżła i tym samym przestała go obchodzić. Życie Ryby toczyło się normalnie, a Pies ów już dawno zapomniał, że kiedyś doprowadził do ciężkiego szoku Mamę Szałszankę i parę innych kobiet zresztą też. I pewnie do teraz hasałby sobie spokojnie po ogródku, organizując sobie samemu zawody w największej ilości śniegu, którą można załadować do pyska za jednym razem, doprowadzając tym samym Szałszankę do białej gorączki. Do teraz próbowałby przekonać Tojestkota, że zakopywanie go w śniegu jest w istocie wyśmienitą zabawą i nie powinien się tak bardzo stresować tym faktem, a tym bardziej stawiać oporu. Do tej chwili przekonywałby Anię, że wycieranie jego Wyżlich łap jest czynnością zdecydowanie zbędną, nie mówiąc już o tym, że nie uchodzi, zwyczajnie nie uchodzi jemu jako Psu! I zapewne to wszystko i jeszcze wiele różnych, fajnych rzeczy robiłby w tej chwili Ryba, gdyby nie to, że zajęty był leczeniem swojej zwichrowanej odrobinę, wyżlej psychiki, która doznała niewątpliwego szoku. Oczywistym faktem jest, że wszystko przez Szałszankę. Naturalnym (dla Ani) i nienaturalnym (dla Wyżła) następstwem przytoczonej na samym początku sytuacji, w czasie to której nad Psem wzięła górę fizjologia, skutecznie doprowadzając Rybę to chwilowej głuchoty, aż do tego stopnia, że Wyżle uszy pozostały obojętne na desperackie krzyki Mamy Szałszanki, był Owoc. Dokładna ocenia fizjonomii, fizjologii i behawioryzmu owego Owocu (swoją drogą o wdzięcznym imieniu Agatka), dokonana przez Szałszankę w drodze ze szkoły, pozwoliła na klarowne ustalenie ojcostwa owego czworonożnego stworzenia. Rybę to nie ruszyło (ani z kanapy ani w ogóle), Anię już trochę bardziej. Obserwowała jak Owoc stawia uszy w charakterystyczny, znajomy sposób, jak wykonuje taniec wojenny dookoła niej samej i jak mruży z zadowolenia oczy. Wszystko było po części Wyżle. A więc po części jej, Szałszańskie. I to chyba na to wzruszenie można zwalić winę za to, co stało się potem. Bo potem Ani wpadł do głowy pomysł. Ryba stanął zaskoczony i przechylił głowę. Owoc również przystanął, ze swoim łbem czyniąc dokładnie to samo. Na ten gest Wyżeł zdziwił się tak bardzo, ze aż zapomniał opuścić nogę, choć zakończył już dawno robić to, w celu którym ją podniósł. Prawdą jest, że wyglądał śmiesznie, nie mówiąc już o tym, że mało ojcowsko, a przecież właśnie po to przyciągnęła go tutaj Ania. Szturchnęła więc Wyżła, przywołując do porządku, a przywołał się tym szybciej, że Owoc postanowił w tym momencie zrobić krok do przodu, tym samym zmuszając Rybę do zrobienia kroku w tył. Owoc szczeknął, Ryba też. Szałszanka za to wyłamała się i zwyczajnie zdziwiła. Zdziwiła się na tyle, że zanim się obejrzała nie było już przy niej ani Ryby ani Owocu. A nie było ich dlatego, że ten czysto gastronomiczny duet zajęty był już w najlepsze biegiem po pobliskim polu. Z tym, że jedno z nich uciekało, a drugie goniło. Nawet sama Ania była zaskoczona, że jej Pies potrafi tak szybko biegać, co więcej – biegać, uciekając przed młodym szczeniakiem, około 8 razy mniejszym od siebie. A jej obserwacje dramatycznego wyścigu śmierci (dla Wyżła) przerwał śmiech sąsiadki. „Wrażliwy chłopak” – oceniła – „Teraz już takich nie ma”. Teraz już rozumiecie dlatego Ryba leczy głębokie urazy psychiczne, skutecznie zajadając swoje traumatyczne przeżycia związane z tym, że ledwo uszedł z życiem. Teraz już wiecie, że należy tegoż Wyżła wziąć pod specjalną opiekę i zapewnić mu spokój i bezpieczeństwo. Teraz już wiecie, że to tylko stres zmusił Psa do zjedzenia trzech czekolad, w tym jednej z papierkiem. I tylko Mama Szałszanka nie dała się przekonać. nutek 2005-02-22 16:22:53 skomentuj (3) Przemeczka problemy studniówkowe. -A ja jutro mam studniówke -A garniak już masz? -Głupie pytanie, Aniu. Pewnie, że mam. Z ludzkiej skóry, bo ponoć ostatnio takie są w modzie. -A drogi taki garnitur jest? -No to nie jest tania sprawa. Wiesz, oni chcą byc humanitarni - zrywanie skóry trochę boli. -Tak też podejrzewam -No właśnie. Dlatego najpierw dają delikwentowi APAP. -Ale chyba sobie czarny jeszcze zamówie, bo nie wiem w jakim bede lepiej wyglądał -Przecież ty we wszystkim wyglądasz dobrze! -Tak, ale w jednym będe wyglądał dobrze, a w drugim oszałamiająco. Ano właśnie. nutek 2005-01-14 17:23:22 skomentuj (2) Ubaw 2004/2005 Ania szła z Przemeczkiem ulicą, każde z nich trzymało wielki worek ze śmieciami i wyglądali jak wieśniaki. Ale oprócz tego, że wyglądali jak owe wieśniaki, to mieli również misje. Misje ważną, misje trudną, misję wręcz kluczową - szukali bowiem takiego kosza na śmieci, do którego Ania umiałaby wrzucić owe odpadki, czyli najzwyczajniej w świecie niższego, żeby nie powiedzieć - bardziej przystosowanego. Przemeczek wyraził co prawda przypuszczenie, że to niekoniecznie jest wina tych śmietników, a czegoś zgoła innego, ale Szałszanka nie zrozumiała tej myśli, albo też nie chciała zrozumieć. Bo Szałszanka była bardzo zajęta i to nie tylko wyglądaniem jak wieśniak. Ania najzwyczajniej w świecie wpadła na pomysł. Trzeba przyznać, że nie było to nic nowego, bo zeszłej nocy Szałszanka wpadała na same doskonałe pomysły, które niestety tylko ją samą wprawiały w zachwyt i raczej nie uzyskiwały akceptacji otoczenia; więc nikt nie chciał się z nią zgodzić, że podrzucenie Przemeczkowi półnagiego mężczyzny do łóżka, który nad ranem powiedziałby do niego „Kotku”, kiedy to już owy Przemeczek wyrwałby się ze swojego bardzo bardzo głębokiego snu, jest pomysłem swoiście śmiesznym, a już na pewno spodobałby się samemu zainteresowanemu (wszak lubi niespodzianki). Problemem okazało się również znalezienie owego ochotnika, a z przyczyn oczywistych Szałszanka nie była dobrym kandydatem, niestety. (Choć prawdą jest, ze nie wiadomo, co by przeraziło Przemeczka bardziej: półnagi mężczyzna znaleziony w jego łóżku, czy też właśnie Ania). Drugi pomysł Szałszanki okazał się być równie wybitny i równie niedoceniony. Bo Nowo Zapoznany Kolega wcale nie ucieszył się na możliwość pójścia z Szałszanką do jego rodziców i oświadczenia, że dzisiejszej nocy przypadkiem się ożenił. Dziwne. Dziwne nie było natomiast to, że Ania już wiedziała, że żeby sprawić aby zaczęli ją doceniać, ma dwie możliwości. Pomyślała, pomyślała i stwierdziła, że właściwie to ani odcięcie sobie ucha ani też umieranie nie są jej na rękę. I nie pozostaje jej nic innego jak nadal mieć pomysły. I taki też pomysł przyszedł jej do głowy kiedy tak szła ulicą i wyglądała jak wieśniak, a obok niej dreptał Przemeczek i też wyglądał jak wieśniak. Choć nie miało to żadnego związku z tym, co teraz Ania wymysliła. Wzięła więc głęboki wdech, zebrała całą odwagę skumulowaną w jej całych 165 centymetrach i zapytała Przemeczka czy nie chciałby na chwilę wstąpić do tego salonu piękności dla zwierząt i sprawdzić czy mają fachową obsługę i znają się na rzeczy? Na sobie, rzecz jasna. Przemeczek nie chciał. Ale zaproponował Szałszance, że jak ona ma ochotę, to nie ma sprawy, on tutaj poczeka. Ale Ania nie miała czasu. Ania miała misje. Misje wyrzucenia tych pozostałości po ubawie (jak to mówi babcia Karo). Ano właśnie! Bo cała rzecz zaczęła się od tego, że Michał zrobił zabawę. Pierwszą rzeczą, którą zrobiła Szałszanka na owej zabawie było wyzwanie Przemeczka na pojedynek. Bo powiedział, że Szałsza to wieś. Na co Ania mu odpowiedziała, że Sośnica (czyli miejsce zamieszkania Przemeczka) to też jest wieś. Na co on jej powiedział, że jej wieś jest bardziej wsiowata. Na co ona jemu, że mogą się o to bić. Więc poszli. Znaczy się pierwsza poszła Szałszanka, wszak ona odważną kobietą jest. A że bardzo jej się śpieszyło to postanowiła jakoś to wszystko przyśpieszyć i znaleźć się na dole w znacznie szybszym tempie. Oczywiście nikt jej nie chciał uwierzyć i wszyscy stwierdzili, że zwyczajnie spadła z tych schodów, ale ona wie swoje. W każdym razie siedziała na dole i patrzyła w górę, gdzie stał Przemeczkiem i było mu bardzo wesoło. I przeczuwała, że tu oto upadła nie tylko ona, ale także cały jej autorytet. Bo właśnie przed kilkoma minutami oznajmiła wszystkim, że wprowadziła nowe zasady i każdemu, kto jej podpadnie Szałszanka będzie ucinać wszystkie kończyny po kolei, wydłubywać oczy korkociągiem, a jelita wieszać na lampie. Nie pozostało jej więc nic innego jak ratować resztki swojego honoru, wstać, otrzepać się i iść się bić dalej. Poszli więc. Skryli się za murkiem gdzie nikt ich nie widział i ustalili: Ania przyłoży Przemeczkowi raz, on jej odda, a później wrócą do wszystkich i powiedzą prawdę. Że Szałszanka wygrała. Ale przeciwnikowi Ani nie spodobał się ten pomysł. A że w końcu nie doszli do porozumienia, to postanowili zaprzestać bicia się i wrócić gdzieś, gdzie jest cieplej. Więc wrócili. A jak tylko Szałszanka znalazła się na górze, to stwierdziła, ze najwyższy czas sprawdzić lodówkę. Wszak mijała 15 minuta ubawu. Dziwna sprawa, ale wszystko wskazywało na to, że lodówka jest w piwnicy. Co po pewnym czasie stało się dla Ani całkiem jasne – bo można jeść idąc pod górę i jednocześnie spalać i dostarczać kalorii. Tak, to bardzo mądre było. Bardzo sprytne. I tak była zajęta tym myśleniem swoim, że znowu znalazła się na dole troszeczkę szybciej niż się spodziewała. I kiedy już wiedziała, że nic nie będzie z tych odcinanych kończyn, wydłubanych oczu i jelit na lampie, to postanowiła wstać, otrzepać się i wrócić na górę. A żeby być sprytniejszą niż schody, to policzyć stopnie. I później pamiętać i liczyć schodząc na dół, unikając tym samym ominięcia tych dwóch ostatnich. Jak pomyślała – tak zrobiła. Wyszło dziewięć. Osiem – poprawił ją Filip. Policzyła jeszcze raz. Dziewięć. Filip też policzył. Osiem. A że była to dyskusja do niczego nie prowadząca, to postanowili zasięgnąć rady osoby trzeciej. Siedem – powiedziała Weronika. Przez całą resztę imprezy Ania unikała schodów jak tylko mogła. Wtedy też wyszła do ogródka i zatrzasnęła się na zewnątrz do czasu, gdy nie poznała uroków dzwonka. Wtedy też śmiała się z piernika. I wtedy też stworzyła bestsellerową bajkę o Transgenicznej, Zmutowanej Owsiance. Bo cała rzecz była o owsiance, którą wszyscy jedli i nikt nie lubił. Ale ileż taka jedna owsianka może znieść upokorzeń i bólu odrzucenia? Jak długo mogła znosić samotność, która rodziła w niej coraz to nowe lęki i obsesje? Wszak owsianka jest tylko człowiekiem, ma prawo do chwili słabości. I właśnie wykorzystując tą chwilę słabości owsianka postanowiła się zdenerwować. Zdenerwowała więc, zmutowała i zaczęła jeść dzieci. I ich nie lubić. Kluczowe pytanie moralne stawiane przez tą bajkę – czy owsianka miała prawo się mścić? – pozostawiamy waszej ocenie. Uczestnicy ubawu nie mieli niestety zbyt wiele czasu na to, żeby się głębiej wgryźć w to zagadnienie, a to dlatego, że byli bardzo zajęci: Adam na ten przykład postanowił wyskoczyć przez balkon, bo „do niczego się nie nadaje”, Maciek rozpaczał, bo on już sobie siedzi pod tą choinką i siedzi, a nikt go nie chce wziąć, a Władysław Er. (kryptonim operacyjny) postanowił zwierzyć się wszystkim ze swoich marzeń o stosunku płciowym w przedziale pociągu PKP. Albo w pokoju nauczycielskim. Radzimy nie wnikać z kim. W każdym razie kiedy już wszyscy zrobili to, co mieli zrobić, poszli spać. A kiedy o 7 rano Szałszanka otworzyła oczy dowiedziała się, że teraz oto Krecik śpi z Magdą, a Michał z Agą, przy czym żadna z owych par parami na początku ubawu nie była. Ale, że od czasu kiedy chłopak niejakiej Adelajdy eF (kryptonim operacyjny) zrezygnował z seksu na rzecz piłkarzyków na sprężynkach, Anie nie dziwi już nic tak wiec i tym razem się nie zdziwiła. Upewniła się po prostu, czy i ona nie śpi z kimś, z kim nie powinna. A kiedy już była spokojna, to zamknęła oczy. Tym razem widziała wszędzie zielony groszek. Dla zainteresowanych podajemy również, że SMS o treści „Czuaf beb jama” oznacza ni mniej ni więcej jak „Magda Cię pozdrawia”. Że Przemeczek wymyślił kolejny, czwarty już sposób na pozbycie sie Szałszanki; "Postawimy cię na pustej drodze, to cię coś przejedzie". I że wszystkim życzymy udanych ubawów w Nowym Roku :) nutek 2005-01-01 15:51:05 skomentuj (17) O Goferach słów kilka... ![]() nutek 2004-12-05 15:10:59 skomentuj (9) Co można zrobić z Szałszańską? Część 2, 3 i suplement :) - O Boże – westchnął Maciuś – Dlaczego ty wiecznie marudzisz? Chcieliśmy cię sprzedać za dwa tysiaki ruskim to było źle, tak? - Tak – przyznała Szałszanka - Chcemy wysłać paczką do Kenii to jest źle, tak? - Tak, bo… - Kochana, tłumacze ci, że nakleimy za mało znaczków i cię odeślą. A co sobie zwiedzisz przez ten czas w tej paczce, to twoje! - W istocie mnóstwo sobie pozwiedzam, siedząc w paczce – zauważyła zgryźliwie Szałszanka - Bo ty od razu masz negatywne nastawienie! Powinnaś być otwarta na nowe przygody! Żądna wyzwań! Chleb dla głodujących! Pokój na świecie! Nie mogłabyś zostać Miss World. – pokręcił z dezaprobatą głową - I tak bym nie mogła. Mam za krótkie nogi. – Przypomniała Ania i, żeby udowodnić wszystkim, że tak w istocie jest, wyciągnęła swoje krótkie kończyny na publiczny widok – Czemu ja nie mam takich długich jak ty? - Bo wyglądałabyś jak żaba z długimi nogami. – Odparł rezolutnie Maciuś i zaśmiał się z własnego żarciku. Szałszanka pomyślała chwilę, pomyślała i w końcu też się uśmiechnęła. Złośliwie. Niech Maciuś wie, że tak z Anią nie można. Niech wie, że jest kobietą silną (może silną inaczej, ale zawsze silną), zimną i wyzwoloną. I że on sobie nie może tak bezkarnie – o nie! On Szałszance o żabie, to ona będzie z nim w drużynie. Za karę. Bo właśnie odbywała się lekcja WueFu. Ale Ania, oprócz tego, że ma w sobie pokłady żabości, to ma również troszeczkę inteligencji. Kiedy więc Maciuś ustawił ją w kącie i z zapałem tłumaczył jej, że to dla jej dobra, żeby jakaś piłka ją przypadkiem nie uderzyła. I, że nie, oczywiście nie chodzi o to, żeby jej się pozbyć, ale tylko i wyłącznie o to, że bardzo dobrze wygląda w tym rogu i absolutnie nie powinna z niego wychodzić. Więc kiedy tak wmawiał jej, że tu będzie najlepsze dla niej miejsce, to ona – wytężywszy cały swój Szałszański spryt – zrozumiała, że to jakiś podstęp. I że najlepiej będzie jak ona z tego rogu wyjdzie. Już. Natychmiast. Jak pomyślała – tak zrobiła. I pewnie nawet udałoby jej się to zrobić z gracją, gdyby nie to, że piłka zaserwowana przez Janusza postanowiła trafić prosto w nią. Jednak nie ma się co przejmować, drodzy czytelnicy, bo jeżeli czytaliście uważnie, to pamiętacie, że z Ani to jest kobieta silna i żadna piłka jej nie straszna. Kiedy więc tak Szałszanka sprawdzała czy nadal ma prosty nos, Janusz „wyczuwał kocie ruchy”, a Kaczula spokojnie obserwował świat, gra toczyła się dalej. I nieważne było, że jedna piłka powodowała taki zamęt w drużynie, jak wieść o kartkówce z matematyki. I nieważne było, że właściwie to nie szło im zbyt dobrze. I nieważne było również to, że Miłek krzyczał „Karo łap” i podawał piłkę Ani. Przecież on już dawno wszystkim tłumaczył, że bez okularów to on widzi doskonale. A przecież wszystko zależy od punktu widzenia. Taki inny punkt widzenia miał również Kaczula, który na wieść o tym, że poeta lata za dziewicami, zostawiając swoja żonę i dziecko w domu*, postanowił takowym zostać. Bo, mimo iż artysta, to również rozszerzeniowiec z matmy. I on nie będzie marnował Szałszanki do jakiejś Kenii. On miał już własne plany. Bo trzeba wam wiedzieć, że autorski projekt Przemeczka zakładał nic innego jak oddanie Ani do cyrku. A jeżeli krzywicie się na ten pomysł (tak jak na początku Szałszanka), to niesłusznie. Wszak Kaczula obiecał, że Szałszanka dostanie własny namiot. I część zysków. A jak już zarobią, to wyjadą na Majorkę, gdzie spędzą resztę swojego Kaczulowatego i Szałszanowatego życia jedząc kokosy. Na takie warunki to Ania już się musiała zgodzić. Ona sobie może popracować trochę w cyrku – nie ma sprawy. Później, za kilka lat, to Przemeczek będzie miał istny cyrk na kółkach. Kiedy już będzie musiał spędzać z Szałszanką 24 godziny na dobę. I z Rybą (rzecz oczywista), który będzie polował na małpy. *"Nie-boska komedia" nutek 2004-12-03 18:24:51 skomentuj (2) Co można zrobić z Szałszanką? - odcinek 1 Pomysł Przemeczka i Maciusia był zaiste dobry. Tak sobie właśnie pomyśleli, zaraz po tym jak na niego wpadli. Bo Ci dwaj panowie – z których jeden ostatnio postanowił sprawdzić na biologii, co się stanie, gdy podgrzeje probówkę z mieszaniną alkoholu i benzyny, a drugi polubił indyki, bo mają oczy po boku głowy – postanowili, że sprzedadzą Szałszankę. „Ruskim za dwa tysiące!” – ucieszył się Słejzi i od razu począł wdrażać w życie swój genialny plan. Wyniósł więc Anię na korytarz, a kiedy odstawił ją na chwileczkę, żeby podrapać się w głowę, ta kurczowo złapała się krzesła i zapowiedziała, że nigdzie nie idzie. „Oj Ania” – jęczał Maciuś, ciągnąć jednocześnie Szałszankę za nogi i obiecując jej, że dobra, może być dwa tysiące pięćset. Ania roześmiała się, bo niby jak oni chcą podzielić te dwa tysiące pięćset na pół?! Przemeczek zastanowił się przez chwilę, a kiedy już doszedł do wniosku, że to nie z nim jest tu coś nie w porządku, to machnął ręką na pokrętną matematykę Ani i zadecydował o tym, żeby ją na chwilę puścić. Uwolniona Szałszanka z godnością wstała, otrzepała się i powiedziała, że był to bardzo dobry wybór, bo ona zna cios śmierci i właśnie miała ochotę go użyć. Przemeczek pokiwał głową, pogłaskał Anię po głowie, powiedział, że wszystko jest w porządku i kiedyś może znajdzie się ktoś taki, kto będzie w stanie jej pomóc, i zapytał czy ona przypadkiem nie ma złotówki, bo on już od tygodnia nic nie jadł, a mu brakuje tych 100 groszy do chipsów? Ania miała. Ucieszył się więc, pieniążki do kieszonki schował i poinformował Słejziego, że już może w spokoju Szałszankę sprzedawać. Ale Maciuś już się obraził. Maciuś nie będzie biegał po korytarzu za towarem, który nie chce dać się sprzedać. Maciuś nie będzie ryzykował ciosu śmierci. Więc Maciuś już teraz w spokoju zajmował się już znoszeniem Magdy po schodach. nutek 2004-11-05 21:19:53 skomentuj (3) |